Czytam właśnie




Która?



Click for Eagan, Minnesota Forecast

o różnicach kulturowych z subiektywnego punktu widzenia
poniedziałek, 20 października 2008
Raz kozie śmierć - czyli jak uczy się Bachaty
Korci urwanie się do innej rzeczywistości, jakiejś tajemniczej, pełnej niezrozumiałych i zagadkowych treści, dla innych tak oczywistych. Czasami trzeba pokonać szmat drogi, aby to coś takiego przeżyć, ale czasami ten świat nagle wyrasta tuż przed nosem.
Zapuściłam się w tą inną rzeczywistość z moim przewodniczkami. Obydwie wystrojone, jak na latynoskie piękności przystało, w falujące sukienki i seksownie upięte włosy. Jako gość pozwoliłam sobie na dżinsy i lekki makijaż. Zwabiona przekonaniami, że teraz zobaczę i przeżyję na własne oczy co to znaczy dla Latynosów tańczyć, wybrałam się w inną bajkę. Dźwięki latynoskiej muzyki unosiły się parę skrzyżowań dalej od lokalu. Lokal sam w sobie był już atrakcją. Zbudowany w stylu starej fabryki, z wielką i otwartą przestrzenią, marmurową podłogą i przyciemnionymi światłami zapraszał na odkrywanie.
Od wejścia wszystko było nieco inne. Inne stroje, czasem bardzo skąpe, przykuwały nawet moją uwagę. Bez względu na płeć, każdy wyglądał tak, jakby na tą okazję spędził mnóstwo czasu przed lustrem. Ciężko było wypatrzeć T-shirt, bo dominowały koszule, a panie poubierane były w sukienki, obcisłe bluzeczki, szorty, tudzież miniówki.
W środku tłum kołysał się bardzo ciasno. Tłum kołysał się zawsze parami, wywijał nogami i poruszał zmysłowo biodrami. Od razu na myśl nasunęły mi się sceny z Dirty Dancing, talko w bardziej niecenzurowanym wydaniu. W powietrzu unosił się zapach sztucznego dymu i całej palety perfum.
Po wejściu ruszyłyśmy na pierwsze piętro gdzie można było usiąść przy stolikach i obserwować kołyszący się tłum z góry. Nie mogłam uwierzyć kiedy zobaczyłam, że można w barze dostać caipirinha-ię, mój ulubiony drink, którego jak na złość nigdzie tutaj jak dotąd nie mogłam zamówić. Przysłałam się więc do mojej caipirinhii i z fascynacją spoglądałam na pary, które tańczyły z takim namaszczeniem jakby nigdy nie robiły nic poza tym. Przewodniczki tłumaczyły  mi jaki właśnie rodzaj muzyki słyszymy i w jakim kraju jest on popularny.
Nagle przy stole zjawił się pan i porwał jedną przewodniczkę do tańca. Nie schodzili nawet na dół, bo pary tańczyły wszędzie. Po prostu odskakiwali od stolików i wąskim przejściu majsterkowali piruety, ruszali zmysłowo biodrami i drgali w rytm muzyki. Przypomniał mi się wykład przewodniczki, która tłumaczyła, że Latynosi wyłącznie parami tańczą, i jak to na polskich weselach, panowie panie do tańca zapraszają.
Znienacka zjawił się pan i zaczął zagadywać do mnie po hiszpańsku. Przewodniczka pospieszyła z pomocą i wytłumaczyła mi, że pan chciałby ze mną zatańczyć. Pan przeszedł na angielski i powtórzył zaproszenie dodając, że był przekonany, że jestem z Argentyny. Wytłumaczyłam, że ja tutaj jedynie w misji obserwatorki, ponieważ tańczyć niestety nie potrafię. Przewodniczka uczyła mnie wprawdzie kroków salsy i merengi, ale to było dawno i nieprawda. Pan z Ekwadoru zapewnił, że nic w tym trudnego i że chętnie mnie nauczy. Pewnie ta caipirinha dodała mi odwagi i  pomyślałam: "Raz kozie śmierć!". Kroki nie były skomplikowane lecz piruety i wywijanie okazały się niejakim wyzwaniem. Starłam się wdzięcznie owijać, ale nie wychodziło mi to na początku. Pan nie poddawał się jednak i jak prawdziwy dżentelmen nie zwracał uwagi na moją niezdarność prowadząc nieustanie konwersację. Po paru kawałkach coraz lepiej sobie radziłam i stwierdziłam, że problem polega na tym, że ja nie lubię jak panowie prowadzą. Jak sobie odpuściłam i pozwoliłam panu mnie prowadzić, to kołysanie i kroki nie były już żadną przeszkodą.
Pan czarował nie z tej ziemi i pytał się parę razy, czy aby na pewno nie uczyłam się wcześniej bachaty, bo tańczę jakbym miała to we krwi. Ach ci Latynosi, urodzeni czarodzieje ;)
Przewodniczki zapewniały mnie, że całkiem nieźle mi wychodzi i chichotałyśmy z ubawem stwierdzając, że chyba musi płynąć we mnie odrobina latynoskiej krwi. Bardzo powątpiewam aby któryś z mych przodków przybył z innego kontynentu, ale faktem jest że nie mogę teraz pozbyć się w mojej głowie dźwięków bachaty, salsy i merengi. Przewodniczka podeśle mi parę dysków i muszę jeszcze przekonać Kochanego, że przydałby nam się jakiś kurs tańca.


02:53, w_przejezdzie , Z innej bajki
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 marca 2007
wróżka

Czekam przed drzwiami i zastanawiam się nad jakimś upozorowanym zagadnieniem czy też pytaniem, które mnie niby tutaj sprowadziło. Przypomina mi się, że wcale nie muszę tak intensywnie myśleć, ponieważ akurat tym razem mam naprawdę pytanie. Puk, puk. – Proszę. Wchodząc do gabinetu mam wrażenie jakbym wkraczała w innym świat. Wypełniony po brzegi książkami, plakatami z wystaw i ciekawymi fotografiami, gabinet wygląda właśnie tak jak gabinet profesora literatury wyglądać powinien. Dla mnie ten gabinet to nie tylko taki sobie gabinet, lecz inna bajka, a zarazem ostoja.

Kiedy czuję nadchodzącą chandrę, lub obezwładniającą frustrację staję w gabinecie mojej wróżki. Niby tak tylko. Wymówka zawsze się jakąś znajdzie. A jak się nie znajdzie, to wchodzę z drzwiami. Ciągnie mnie jak magnes, bo wiem, że jak tylko zasiądę na krzesełku i otrzymam odpowiedź na „logistyczne” pytanie, to wówczas najpierw powolutku, a następnie coraz śmielej zaczniemy galopować od tematu do tematu. Poszamotamy się co nieco w życiu codziennym, poruszymy coś politycznego i zgrabnie przelecimy do literatury, ewentualnie filmu. To nieodzowny punkt sesji – literatura. Bez tego mostu do codzienności ciężko by było. Potrzebne mi znaki drogowe w gąszczu nieznanych rytuałów i konwenansów. Moja wróżka nawiguje. Pokręci czasem nosem i skarci za niecierpliwość, czasem zaoferuje kawę i poleci, aby z innej strony na to wszystko spojrzeć. Czasem przytaknie gestem, a kiedy indziej powie tylko, że nie mam się poddawać. Jest przecież dobrze i będzie coraz lepiej. Kiedy indziej zaoferuje mi konkretną odpowiedź. Potrafi niestety również bardzo zgrabnie zakręcić mną jeszcze bardziej. Podejrzewam niekiedy, że to w celu biletu powrotnego. Aby był problem do roztrząśnięcia na potem. No i oczywiście, aby dać mi ochłonąć i nabrać dystansu. Zdarza się, że wyjdę z wielkim plastrem na duszy niosąc książkę tudzież film pod pachą.

Pokrzepiona, posklejana i poukładana – przynajmniej na chwilę – wstaję z krzesełka i wracam do rzeczywistości. Moja wróżka żegna mnie ciepłym uśmiechem i półgłosem dodaje – Ja też wolę naszą bajkę;)

03:17, w_przejezdzie , Z innej bajki
Link Komentarze (6) »
niedziela, 21 stycznia 2007
miłość

Ja wszystko na ostatnią minutę robię. On kończy projekty przed terminem. Ja kocham ludzi. On ludzi unika. Ja z dnia na dzień żyje. On planuje wszystkie możliwości. Ja wpadam na spotkania ostatnia i zadyszana. On jest zawsze wszędzie pierwszy. Ja lubię zachody słońca i noce. On lubi wschody i poranki. Ja pokładam się przy porażce. On się tylko oddala, nabiera sił i podbija na nowo. Dla mnie szklanka jest jeszcze do połowy pełna, dla niego już do połowy pusta. Ja pod prysznicem śpiewam. On jest cichy. Tak cichy, że czasami muszę się upewnić –Jesteś jeszcze?

02:58, w_przejezdzie , Z innej bajki
Link Dodaj komentarz »